Wtorek w 33 tygodniu zwykłym.

Słyszałem taką anegdotę, że był ponoć ksiądz, który w zapale kaznodziejskim pomylił się i przeczytał: Zacheuszu, zejdź z krzyża! Wzbudził tym pewną wesołość. Ja jednak w tym zdaniu wyczuwam pewien sens.
By dostrzec i być dostrzeżonym, trzeba wychylić nosa zza bezpiecznego muru. Trzeba wyjść przed szereg obojętnego tłumu. A jeszcze lepiej, jak Zacheusz, wspiąć się w górę. Bardzo często jednak, tym najbliższym drzewem, które ma posłużyć za odskocznię do nieba jest mój krzyż. Bolesna drabina, która jest drzazgą w oku, cierniem raniącym własne ego, balastem przetrącającym urojone skrzydła.
Ale tylko tam, na krzyżu, wzrok Jezusa może spojrzeć inaczej niż zwykle. Nie będzie to pełne żalu spojrzenie z góry, z wysokości tronu krzyża. Ojcze, przebacz mu, bo nie wie co czyni. Lecz spojrzenie pełne zapraszającej miłości. Dziś ze mną będziesz w raju.
Bylebym tylko na to drzewo wspinał się w poszukiwaniu Jezusa. Wielu jest bowiem takich, którzy wspinają się w górę, po karkach innych, albo i po trupach, by być dostrzeżonym. Lecz nie szukają wzrokiem spojrzenia Pana, lecz podziwu tłumu falującego u ich stóp.
Ja też wypatruję kciuków w górę, choć ten blog piszę nie dla własnej chwały. Obym szukał w górze Jezusowego zaproszenia na ucztę, a nie skończył na drzewie. Drzewo to bowiem nie jest celem, lecz drogowskazem. Przystankiem przed radosnym spotkaniem. Ślepym zaułkiem jest zatrzymywanie się na krzyżu. Czerpanie przyjemności z użalania się nad sobą. Afiszowanie się własnym bólem. W ten sposób najłatwiej przywiązać się do drzewa i na nim pozostać. Jak Judasz.

Psychologowie pewnie zdiagnozowaliby glęboką depresję, ale co tam psychologowie. Znaleźć takiego, co naprawdę pomoże, a nie zaszkodzi graniczy z cudem. „Kto ma temu będzie dodane, kto nie ma temu zabiorą i to, co ma.” Z drugiej strony, czy ktokolwiek z nas cokolwiek ma na własność? Może tylko cierpienie i krzyż… W każdym razie niejeden raz niejeden z nas zadaje sobie i Bogu Twoje pytania.